Przejście w Tatrach

Przejście w Tatrach

Malutkie kulki gradu spadały na moje dłonie. Dziwiło mnie, iż nie są zimne, a to moje dłonie rozgrzane wspinaczką i wyciąganiem liny, nie czuły chłodu nagłej zmiany pogody. Rozglądałem się po niebie z niepokojem, jakbym chciał wzrokiem przegonić złowróżbne chmury. Łagodziłem ich mrok potulnym spojrzeniem. Paweł był już blisko. Jego sylwetka wysunęła się ponad dno doliny, której piargi i śnieg majaczyły trzysta metrów niżej. Kiedy stanął przy mnie, odezwały się grzmoty. Szybko zwijaliśmy sprzęt, przebierając buty. Coraz większe krople zmywały z nas zmęczenie. Szliśmy w dół Jagnięcej po stokach Małego Kołowego. Byliśmy szczęśliwi. Droga okazała się piękna, wymagająca i długa. Niebo nas oszczędziło, zarówno w trudnościach, jak i w niepogodzie. Teraz już mogło lać. Ale wciąż trzeba było uważać. Śliskie kamienie i trawy, tylko czekały na jeden byle jaki krok. Wiedzieliśmy o tym ...

Wiedzieliśmy też o lipcowych burzach w środku dnia, a mimo to szliśmy pod ścianę, jakby nas miała przed nimi osłonić. Właściwie to się skradaliśmy. Nie mówiliśmy o drodze, jakby nie chcąc żeby Mały Kołowy się zorientował, iż na niego szturm szykujemy. Całe zeszłe lato, ilekroć byłem w Jastrzębiej, patrzyłem zazdrośnie na tą ścianę, najdumniejszą w całej dolinie. I Paweł patrzył wraz ze mną, a myśli i słowa nasze krążyły po jej zakamarkach, szukając przejścia przez przewieszki zagradzające środek urwiska. Zawsze nie było dość pewnej pogody, dnia dostatecznie długiego, odwagi ani determinacji, by zrzucić linę pod stopy czerwonych skał, urągając ich krwawej barwie. Tym razem było inaczej. Kiedy zupełnie od niechcenia, nie wierząc w to, że propozycja będzie przyjęta, powiedziałem: „- To zróbmy może Motykę na Małym Kołowym”, Paweł nie zaprotestował. Więc głupio się było wycofać. Nic o burzach nie wspomniałem, choć każdemu z nas chodziło po głowie wspomnienie zjazdów z sąsiedniego Kołowego, równo rok temu.

Dzień lśnił słońcem aż nadto mocnym, żeby go nie podejrzewać o zdradę w najmniej spodziewanym momencie. Mimo to, zamiar nasz wątły, cichaczem podprowadzaliśmy pod ścianę. Przeszedłem przez śnieg u podstawy i wdarłem się przez płytę na trawiastą półkę, już we właściwej ścianie. Paweł ubierał uprząż przed śnieżną przeszkodą, patrząc w przewieszki nad nami. Ja ich wolałem nie widzieć. Dość się im naprzyglądałem. Miałem w głowie każdy wyciąg, w oczach tkwiły mi wszystkie odcienie granitu, jakimi Mały Kołowy się przyozdabiał. Ustaliliśmy że Paweł prowadzi do połowy ściany, za przewieszki. Z żalem, ale i ulgą przystałem na takie rozwiązanie. W końcu byliśmy na pierwszej wspólnej wspinaczce tego lata, i od razu takiej. Więc trzeba było partnera uszanować, cieszyć się z tego że jest chętny na trud i przed niepokojem nie klęka.

Zniknął mi szybko z oczu za załamaniem ściany, trawersując w lewo do rynny z Czerwonej Przełączki. Założył jeden przelot i stanowisko przy haku z minionej epoki. Wkrótce staliśmy już razem zadzierając głowy do góry. Ściana zaczynała się nad nami zwieszać, strasząc łańcuchem przewieszek zagradzającym drogę. Cóż mógł począć Motyka w 39 roku? Obejść je tylko chytrym manewrem. Za tym jego przykładem szedł dalej Paweł w ich pobliże, po biało zielonych płytach przetykanych trawami. I choć te kępki traw ujmowały grozy ścianie, nie było wcale łatwo piąć się w objęcia ciemnych okapów. Wyciąg choć tylko czwórkowy podnosił nasze emocje – nad śnieg coraz odleglejszy, przechodzący w białą smugę pod naszymi stopami, nad płyty blade od upału, oświetlone jaskrawym słońcem, które się przed ciemniejącym niebem, ostatnim blaskiem popisywało. Staliśmy na kępie traw, blisko zasadniczych trudności, oddzieleni od nich filarkiem, pod który trzeba było zejść 10-15 metrów w dół, i przewinąwszy się za niego w prawo, stanąć u podnóża kruchej rynny w dziwnym, blado krwistym kolorze.

Stąd już nie ma innej drogi, jak tylko wzwyż, po czerwonym, połupanym i łuskowatym granicie. Stojąc na stanowisku z haków, patrzę w głąb rynny, gdzie poza hakami inna asekuracja właściwie jest niemożliwa. Osiem haków przezornie zabranych nie ciąży już zupełnie, a nawet myśl o dziesięciu, nieśmiało przez głowę przechodzi Ostrożne ruchy mojego towarzysza kładą się dreszczem na mojej skórze. Niemo patrzę jak się Paweł skrada, jak wprawnie wkłada hak w szczelinę, jak uderza w niego zamaszyście ... i ten dźwięk urwany, końcowy, spokojem się rozkłada po naszych myślach, po ciele naprężonym. I dalej można się piąć przez czerwone łuski, do góry, pod rdzawe okapy nakrapiane resztkami tego odpychającego koloru. Słońce uciekło poza granie, poza przepaście jakich my już nie zauważamy. Dumny Durny dzierży na sobie ciemny całun chmur, których końce szarpią Baranie Rogi, a Paweł bije haki, tak iż Mały Kołowy drży skołowaciały ... Gdy i ja idę w ślad za towarzyszem, metaliczny dźwięk młotka dudni wciąż doniośle, głosząc glorię taternicką, a mnie przenosząc w czas pierwszych zdobywców, kiedy innych środków na poskromienie urwisk nie posiadano. Już nasze zamiary nie pozostają w ukryciu, już się szczyty dowiedziały o naszych podchodach. Ale też i przeszkoda największa przed nami – okap wypychający w przestrzeń nad dno doliny. Więc ukryć się nie ma gdzie, bo ten patrzy wprost w nasze wytrzeszczone oczy, rzekłbym z ironią, z powątpiewaniem w umiejętności i możliwości nasze.

Chciałabym już przejąć prowadzenie. Tyle się napatrzyłem na to miejsce na zdjęciach, godzinami szukałem tej przewieszki, którędy jest możliwe przedarcie się za jej wystający nos, że niemal znaliśmy się z nią od długiego czasu, że niemal lęku przed nią nie czułem żadnego. Ale partner się uparł, chce pierwszy jej zagrać na nosie. Kilkumetrowy trawers ponad piargami Jastrzębiej w ekspozycji zupełnej – jak się to nieraz czyta w przewodnikach Paryskiego, zachwyca, skłania do podziwu dla odwagi pierwszych zdobywców. Gdzieś za wypychającym w czeluść okapem, Paweł znajduje hak i wpina do niego linę. Długo balansuje, waha się, zbiera na odważny krok w nicość. Wreszcie znika ... przechodzi na drugą stronę. Zostaję sam z liną w dłoniach, ze wzrokiem przewieszki już mniej buńczucznym, lecz wciąż chytrze spoglądającym w moją stronę. Gdy mogę iść i mam jej nos przy sobie, kłaniam się mu nisko, znajduję stopieniek w próżni zawieszony i łatwo już sięgam czarnego granitu poza spędzającą mi sen z oczu przeszkodą. Jeszcze kilka metrów w prawo krótkim zacięciem, poza jeszcze jeden czarny okap i mogę wraz z Pawłem oglądać górną część ściany.

W końcu przychodzi moja kolej w prowadzeniu do szczytu. Teren tylko na chwilę łagodnieje w pionie. Depresja w którą wchodzę (nie moja bynajmniej, a Małego Kołowego), zamknięta jest kilkumetrową ścianką. Czytam opis, przechodzę na jej lewą część, omijam łukiem przewieszoną rynnę, by zaraz nad nią przejść znów w prawo na dno opuszczonej depresji. Cóż kiedy w strachu na ściance zakładam zbyt krótki przelot, który teraz nie puszcza mnie zupełnie i szarpię się z liną by wyciągnąć choćby jeden metr tejże. Walcząc z przesztywnieniem i z tępym bólem bioder, wyszarpuję kilka metrów liny i po dłuższym czasie przekleństw i ubolewań nad własną nieporadnością, zakładam upragnione stanowisko. Proszę Pawła by zarzucił na siebie pozostałą część liny, której nie mogę wybrać. Gdy już jest na tyle blisko, iż przesztywnienie ustępuje, ściągam go ku sobie z wdzięcznością że mnie nie łaja, nie gani za zmitrężony czas i siły.

Próbuję nadrobić utracone minuty, tym cenniejsze, że niebo coraz ciemniejsze, coraz bardziej złowrogo łypiące w naszą stronę. Początkowo jest łatwo idę szybko, depresja się kończy, rozczłonkowuje, ale tu trudności znów nie małe, ściana do końca pion trzyma, wymaga skupienia, czyha na nieostrożny krok, nieuważny ruch w górę. Wreszcie dosięgam wierzchołka. Staję pomiędzy Jastrzębią a Jagnięcą. Jakby te dwie doliny odpowiadały dwóm ścianą Małego Kołowego – jednej nieposkromionej, strzelistej jak jastrzębi lot, drugiej łagodnej jak jagnię, spokojnie opadającej w stronę Modrego Stawku. Spoglądam w dół, wypatruję wspinającego się towarzysza. Nie widać go, tylko piargi bieleją gdzieś głęboko pode mną. Napawam się tym widokiem, tym naszym zwycięstwem nad pionem, nad przewieszkami spod których wreszcie wyłania się Paweł.

Wolno uderzający w kask grad, uświadomił mi jak mocno musiał zaspać Mały Kołowy, iż dopiero teraz bronił swojej wyniosłości. Przechytrzyliśmy go, niepostrzeżone było nasze skradanie. Pięć godzin spędzonych w ścianie upłynęło równie niepostrzeżeni dla nas. Szukaliśmy wzrokiem tych miejsc w których ten czas się zatrzymał. Nie było ich widać. Niknęły pod ostatnimi płytami, coraz bardziej mokrymi, coraz beznadziejniej nieprzystępnymi. Nie było już i tego czasu. Stopił się z czerwonym granitem, z rdzawymi plamami przewieszek. Został w nich zatopiony, wraz z naszymi obawami, lękami. Trwaliśmy w czasie szczytowego zadowolenia, w czasie zwycięstwa nad ścianą, nad przepaścią w którą z dumą zaglądaliśmy. Schodziliśmy w czas wilgotnych traw Jagnięcej Doliny i zatopionych w Modrym Stawie kropel deszczu... niczym w czas opłakiwanej tęsknoty za tak upragnionym, a teraz znikającym celem.

Tekst i zdjęcia - Adam Śmiałkowski